fbpx

Bilet w jedną stronę, czyli historia wielkiej wpadki

Autor: Marek Tronina • 24.08.2016
3995800342_17221c5e7a_o

Frank Shorter oraz po prawej Steve Prefontaine przed swoim ostatnim biegiem. Fot. CC BY-NC-SA 2.0 Flickr.com/ The Happy Rower

Nieszczęśliwy zbieg wydarzeń połączony z niefrasobliwością spowodował, że Yared Shegumo zamiast walczyć o dobre miejsce w olimpijskim maratonie musiał toczyć bój, by w ogóle dotrzeć na start, a potem do mety, uzyskując gorszy czas niż startująca tydzień wcześniej najlepsza z Polek Iwona Lewandowska. Pech?

Tak. Niewzięcie pod uwagę nieplanowanego rozwoju wydarzeń w czasie drogi do Rio? Jak najbardziej (podsumowanie z męskiego maratonu w Rio de Janeiro znajdziecie TUTAJ). Ale czy myślicie, że takie sytuacje to wyłącznie nasza specjalność?

Za wzór profesjonalizmu uchodzą Amerykanie. Może ciut brakuje im do prowadzących pewnie w tej klasyfikacji Niemców, ale i tak wszyscy zgodzimy się, że mieszkańcy kraju za Wielką Wodą nie zaniedbują żadnych szczegółów. A już na pewno nie wtedy, gdy w grę wchodzą takie zawody jak igrzyska. A już na pewno, gdy mamy do czynienia z kimś, kto jest aktualnym mistrzem olimpijskim i staje na starcie by bronić złota. Na pewno?

But szyty na miarę mistrza

31 lipca 1976. Ostatni dzień lekkoatletycznych konkurencji podczas igrzysk olimpijskich w Montrealu. Maraton mężczyzn (tak, tak). Cztery lata wcześniej w Monachium po złoto sięga Frank Shorter, który natychmiast staje się idolem Amerykanów. Jest doskonale wykształcony (absolwent Yale), inteligentny i sympatyczny. Za sprawą jego triumfu w Ameryce wybucha boom na bieganie.

Shorter poświęca cztery kolejne lata na to, by przygotować się do powtórzenia wyczynu, który dotąd udał się tylko legendarnemu Abebe Bikili z Etiopii – dwukrotnemu sięgnięciu po olimpijskie złoto w maratonie.

Na początku 1976 roku Shorter podpisuje kontrakt z mało wtedy znaną firmą Nike. Specjalizującym się w obuwiu biegowym producentom z Oregonu zamarzył się olimpijski triumf amerykańskiego maratończyka biegnącego z nieznaną jeszcze wtedy szerszemu światu „fajką” na butach. Pierwszym wielkim nazwiskiem związanym z firmą Nike był „James Dean” lekkiej atletyki – Steve Prefontaine. Ale Pre zginął rok przed Montrealem w wypadku drogowym i firmie potrzebny był inny ambasador. Padło na Shortera.

Specjalnie dla niego wykonano buty startowe – węższe niż normalne z uwagi na wyjątkowo wąską stopę mistrza olimpijskiego. Frankowi zależało bardzo, żeby buty był jak najlżejsze, więc projektujący obuwie Geoff Hollister wyszukał specjalny ultralekki materiał, z którego wykonano cholewkę. Co ciekawe, buty zrobiono w zupełnie innej firmie, bo linie produkcyjne Nike nie były przystosowane do tak wąskiej stopy. Ale wyszły idealnie! Już w Montrealu Frank wykonał w nich kilka ostatnich treningów i czuł się, jakby biegał boso.

Dobre złego początki

Ale przecież nie byłby profesjonalistą przewidującym każde możliwe nieszczęście, gdyby nie przygotował się na awarię. Dlatego miał w zapasie drugą parę (innej firmy). Zabrał je do Montrealu gdyby miało się na miejscu okazać, że z parą Nike coś jest nie tak.

Gdy na pół godziny przed startem maratonu obrońca olimpijskiego złota zaczął rozgrzewkę poczuł jednak, że coś jest nie tak. Buty były za luźne. Poprawił sznurowadła, ale to nic nie dało. Stopa wciąż latała w bucie. I kiedy przyjrzał się uważnie swoim startówkom spostrzegł z przerażeniem, że podeszwa odkleiła się od cholewki, a przez wielką dziurę wystaje bosa stopa! Materiał, który sprawdzał się w innych warunkach z innymi modelami, tutaj po prostu puścił. Mogło to być spowodowane padającym tego dnia deszczem, ale to nie miało już żadnego znaczenia.

Do startu zostało 30 minut i trzeba było zmienić obuwie. Tylko że Shorter, zadowolony z tego, jak nowe Nike spisują się na treningach, zapasową parę zostawił w wiosce olimpijskiej! Był bezbronny i pozbawiony wszelkiej nadziei. Cztery lata przygotowań do Wielkiego Dnia legły w gruzach. Znacie tę historię? Znacie człowieka, który kilka dni temu czuł się dokładnie tak samo?

Frank Shorter nie obronił w Montrealu olimpijskiego złota. Zajął drugie miejsce, przegrywając o 48 sekund z nikomu nieznanym Waldemarem Cierpinskim z NRD. Ale pewnie nie byłby ani drugi, ani nawet ostatni, gdyby w dramatycznej chwili na dwa kwadranse przed startem nie zobaczył stojącego przypadkiem w strefie rozgrzewki Bruce’a MacDonalda – trenera amerykańskich chodziarzy. Jakim cudem Bruce zdołał w 25 minut dotrzeć do pokoju Shortera w wiosce, zabrać z jego pokoju buty i wrócić z nimi na start – tego nie wie nikt. Zdążył. Shorter stanął na linii startu w innym obuwiu na 5 minut przed strzałem startera. Tyle, że gdyby nie uśmiech fortuny do dziś pewnie byłby pośmiewiskiem całego biegowego świata. Człowiek, który nie obronił złota, bo zapomniał butów.

Nie zmieniam zdania o niefortunnej podróży Yareda. Ale warto pamiętać, że cegła potrafi spaść na głowę także w drewnianym kościele. I czasami obok nas nie stoi niestety trener chodziarzy.

Na podstawie: Frank Shorter, My Marathon: Reflections on a Gold Medal Life, wyd. Rodale

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger