fbpx

Królestwo za wygodne siodło – doświadczenia własne

W najbliższym numerze Magazynu “Triathlon” ukaże się tekst mojego autorstwa, traktujący o roli odpowiednio dobranego siodełka rowerowego, o sposobach na jego dopasowanie i systemach stosowanych przez producentów. Nie będę się więc powtarzać i pisać o aspektach technicznych siodeł, ale z wielką chęcią podzielę się osobistymi – niestety bogatymi – doświadczeniami w tej bolesnej kwestii, jaką jest próba trafienia na “to” siodło.

Siodełko to mój absolutnie największy problem, jeśli chodzi o trening na rowerze. Właściwie innych problemów nie mam, albo bledną one przy tym jednym tak bardzo, że ich nie zauważam. Jestem chyba najgorszym testerem siodełek, jakiego może wyobrazić sobie fitter, producent lub właściciel sklepu rowerowego. Szczerze mówiąc czuję się z tym kłopotem nieco odosobniona, bo nigdy nie słyszałam, żeby ktoś miał aż tak poważny i długotrwały problem z dobraniem sobie siodełka do roweru. Ale po kolei.

Na pierwszy bikefitting zdecydowałam się rok po zakupie roweru szosowego, czyli w lipcu 2013 roku. Zgłosiłam się do Krystyna Lipiarskiego z Wertykala z szeregiem dolegliwości: uporczywym bólem pleców i szyi po niemal każdym treningu na rowerze, drętwieniem nadgarstków, “spadaniem” z siodła i podobnymi atrakcjami. Krystyn dokonał szeregu poprawek w moim ustawieniu na rowerze i zmienił mi siodło na ISM Adamo Attack – najwęższe, jedno z najbardziej agresywnych siodeł anatomicznych.

Gdybym miała zwerbalizować swoje pierwsze odczucia po dokonanych zmianach, brzmiałyby one: Boże, wreszcie! Różnica była niesamowita. Siedziałam dokładnie tak, jak chciałam – bardzo stabilnie, komfortowo i z poczuciem sprawowania całkowitej kontroli nad rowerem. Myślałam, że oto wszystkie moje kłopoty minęły, lecz niestety po kilku jazdach ból związany z użytkowaniem nowego siodełka stawał się nie do wytrzymania. Próbowałam dać sobie jeszcze trochę czasu na przyzwyczajenie się do siedzenia na “podpórce”, ale kiedy przez kilka dni pod rząd ostatnie 30 kilometrów każdego treningu były już okupione zaciskaniem zębów i próbami jazdy na bezdechu – stwierdziłam, że to nie ma szansy powodzenia.

W tym miejscu musi pojawić się krótka dygresja. Moja przygoda z siodłem anatomicznym okazała się fiaskiem, czego żałuję z dwóch przyczyn. Pierwsza jest taka, że uważam, że na tego typu siodełku rzeczywiście siedzi się doskonale pod względem funkcjonalnym. Nie bez znaczenia jest także fakt, że przez cały czas użytkowania siodła Adamo miałam doskonały kontakt z Krystynem z Wertykala i autentycznie czułam, że zależy mu na tym, żeby mi doradzić i pomóc. Tak życzliwe i profesjonalne podejście do klienta nie jest częste w świecie triathlonowym.

Po nieudanej próbie z siodełkiem Adamo zaczęło się wielkie testowanie wszystkich innych siodeł, jakie tylko wpadały mi w ręce. Pozwolę sobie opisać je po kolei, gdyż trochę się tego przez moje ręce (i żeby tylko ręce) przewinęło.

1, 2. Selle Italia – podobno jedne z najwygodniejszych siodełek dostępnych w naszym kraju. W połączeniu z autorskim systemem doboru siodła do użytkownika – ID Match – teoretycznie powinno być strzałem w dziesiątkę. Niestety u mnie ten dobór absolutnie się nie sprawdził. Na Selle Italia Flite wytrzymałam jakieś czterdzieści sekund, bo czułam się tak, jakbym siedziała na niewygodnej, śliskiej i dziwnie skrojonej desce.
Żeby jednak było zabawniej – z braku lepszego sprzętu jedyne w swoim życiu kolarskie zawody czasowe pojechałam na siodełku do MTB – Selle Italia Qbik – i nie powiem, że miałam ewidentne powody do narzekania. Nawet mimo faktu, iż w trakcie zawodów siodło odkręciło mi się ze sztycy i odjechało na prętach maksymalnie do tyłu..

3, 4. Fizik – sprawdziłam dwa modele: szosowy Antares i triathlonowy Tritone. Z każdym wiązałam duże nadzieje, niestety bez oczekiwanego efektu. Na Tritone przejechałam 60 km. Po pierwszych dziesięciu czułam już, że nie jest dobrze, ale postanowiłam dać sobie szansę. Efekt był taki, że od połowy drogi – wstyd się przyznawać, ale się skuszę – jechałam zalana łzami. Dobrze że był to dzień powszedni i trasa mało uczęszczana.

FZTTKRS-BR-1

Fot. img.artscyclery.com

5. Cobb Plus – przygoda była krótka i w miarę obiecująca, ale nie było mi dane przekonać się, czy to jest to. Było trochę lepiej niż na wyżej wspomnianym Tritone, jednocześnie jednak bolało na tyle mocno, że nie skusiłam się na sprowadzanie tego siodełka ze Stanów.

6. Liv Connect Forward – to żelowe cacko to jak na razie mój ostateczny wybór. Nie jestem w stu procentach usatysfakcjonowana, ale nie znalazłam nic choćby o kapkę lepszego. Do jazdy w pozycji szosowej jest całkiem niezłe.

7. Specialized Romin Gel – wsiadłam i zsiadłam. Nie.

8. Specialized Sitero – jeżdżę na nim na swojej szosówce z lemondką. Na razie nie znalazłam nic lepszego do jazdy czasowej, co nie znaczy, że jest dobrze. Na zawodach z 45-kilometrową trasą rowerową nie zdążę poczuć bólu, ale ten fundowany na treningach jest dość uporczywy.

9. ISM Adamo Century – zasługuje na dłuższy opis. Wypożyczyłam je w zeszłym roku z Wertykala, żeby dać jeszcze jedną szansę siodełkom anatomicznym. Poczytałam opis, porozmawiałam z Krystynem i dowiedziałam się, że to najwygodniejsze, najbardziej miękko wyściełane siodło Adamo, które może rozwiązać mój kłopot. Niestety – powtórzyła się historia, jaką przerobiłam z Adamo Attack. Pierwszy tydzień: coś niesamowitego. Jeździłam po 100-150 kilometrów w większym komforcie fizycznym i psychicznym niż gdy parę tygodni wcześniej pokonywałam 60-70 km na innym siodełku. Komfort, prędkość i luz na rowerze nigdy nie były na wyższym poziomie. Byłam szczerze zachwycona, ale.. po niecałych dwóch tygodniach testowania sytuacja zaczęła się gwałtownie pogarszać. Koniec końców ból był co najmniej taki, jak przy użytkowaniu poprzedniego modelu Adamo. Wyjeżdżałam z domu z silnym postanowieniem nakręcenia “stówki”, po czym od piątego kilometra skupiałam się tylko na tym, żeby nie myśleć o bólu (jak łatwo się domyślić, miało to całkowicie odwrotny skutek). Nie pomagało śpiewanie do siebie ani wpychanie w spodenki dwóch par rękawiczek i pary podkolanówek (serio).Każde wjechanie w dziurę w asfalcie wywoływało takie odczucie, jakbym siedziała na żyletkach. Zmasakrowałam się także “zewnętrznie” i przez parę kolejnych tygodni byłam zmuszona do używania szeregu maści na skórę z otarciami i czyrakami.

04Adamo Century Saddle

Fot. thebikelist.co.uk

W trakcie poszukiwań trafiłam też na drugi bikefitting, przeprowadzany według innej technologii przez jednego z najbardziej doświadczonych i szanowanych fitterów w Polsce. Tym razem głównym, a właściwie jedynym problemem była kwestia doboru siodła. Niestety fitter załamał ręce nad moim przypadkiem. Co gorsza, dokonane poprawki w ustawieniu roweru spowodowały, że przez dwa tygodnie jeździło mi się jeszcze gorzej niż zwykle i w końcu wróciłam do poprzedniej pozycji, między innymi wyrzucając z roweru zmieniony mostek i wyjmując kupione wkładki do butów.

A więc, podsumowując, jestem teraz bogatsza o wiele nowych doświadczeń, ale cały czas pozostaję w punkcie wyjścia.

Wprost nie wypada mi jednak nie dodać, kto udostępniał mi do testów większość z wyżej wymienionych siodeł. Przynosząc im z powrotem do sklepu kolejne “nie takie” siodełko było mi przykro nie tylko dlatego, że dobór znów okazał się nietrafiony, lecz także dlatego, że im też było szczerze przykro. Nie dość, że ciągle podsuwali mi pod nos nowe rozwiązania, to jeszcze byli skłonni odkręcać mi z rowerów swoje własne siodła, żebym wreszcie znalazła coś dla siebie. Ekipo Kolarski.eu – wielkie dzięki za cierpliwość, wyrozumiałość i podejmowanie kilkunastu prób ulżenia mojemu siedzeniu.

Nie ukrywam, że powyższy tekst traktuję po części jako zaproszenie do dyskusji, bo cały czas mam nadzieję, że istnieje siodełko, które pasuje takim beznadziejnym przypadkom jak ja (i że nie jestem jedynym takim!). Królestwo dla tego, kto znajdzie rozwiązanie mojego problemu. Gdyby nie ta nieszczęsna część, byłabym w stanie jeździć na rowerze całymi dniami, a w obecnej sytuacji jestem mocno ograniczana przez głupi ból, co jest zwyczajnie deprymujące. W gruncie rzeczy prawie tak samo duży kłopot mam z.. okularkami pływackimi do startów w otwartej wodzie, ale to już temat na kolejny wpis. Jedno jest pewne: nienawidzę sprzętu. I to z wzajemnością.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger