fbpx

S.Karaś, D.Witkowski – za kulisami próby przeprawy przez La Manche

karas-starty

Fot. Rajmund Nafalski

O udanej próbie przeprawy wpław przez La Manche, której dokonał Sebastian Karaś, wspominaliśmy na łamach magazynu już kilkakrotnie. Podawaliśmy informacje o czasie, w jakim Sebastianowi udało się dotrzeć z Dover do Calais, pisaliśmy o intensywności przygotowań zawodnika i o innych aspektach technicznych towarzyszących temu przedsięwzięciu. Jednak realizacja tak ekstremalnego wyzwania to nie tylko nadludzki wysiłek fizyczny, lecz także silne emocje, które towarzyszą zarówno zawodnikowi, jak i jego najbliższemu otoczeniu…

Jak wyglądał 20 września 2015 roku z perspektywy ekipy szykującej się do wypłynięcia w morze? W jakich okolicznościach odbywał się start? Co dzieje się w głowie zawodnika, który przez kilka godzin przebywa w lodowatej wodzie i wie, że ma przed sobą jeszcze wiele kilometrów do mety? Na czym polegała rola załogi na łodzi asystującej i jakiego typu problemy musiała przezwyciężać w dniu próby? I wreszcie – co dalej planuje Sebastian w kontekście swojej pływackiej kariery? O to wszystko zapytaliśmy głównego bohatera tego przedsięwzięcia, Sebastiana Karasia, oraz “ojca chrzestnego sukcesu”, Damiana Witkowskiego, jednego z członków załogi asystującej przeprawie, a na co dzień dobrego kolegi i wspólnika Sebastiana. Oddajmy głos samym zainteresowanym.

Damian Witkowski: To, co przeżywaliśmy razem z Sebastianem podczas jego płynięcia, jest wprost nie do opisania. To były najbardziej dramatyczne chwile jakich doświadczyłem w sporcie. Czegoś tak emocjonującego i pasjonującego nigdy wcześniej nie przeżyłem, mimo że przecież startowałem na imprezach wysokiej rangi, biegałem na Mistrzostwach Europy z orłem na piersi. Jednak to, czego doświadczyłem tam między Dover a Calais, było tak niesamowite, że aż trudno jest to wyrazić słowami…
Sebastian Karaś: Jestem zadowolony ze swojego wyniku, choć planowałem atakować rekord świata. Spodziewałem się jednak, że może być z tym trudno – wiem że wrzesień to nie jest najlepszy czas na podejmowanie tej próby, przede wszystkim ze względu na dużą różnicę w wysokości wody w trakcie dnia. Kiedy byliśmy już na miejscu – ja i Emilka, moja dziewczyna – niejednokrotnie mieliśmy okazję się o tym przekonać. Wchodziłem do wody na godzinny trening, a ona obserwując mnie z brzegu, musiała w tym czasie kilka razy przenosić się z rzeczami o kilkanaście metrów w tył.

karas-karmienie

Fot. Rajmund Nafalski

Mistrzowska strategia, mistrzowskie wykonanie

Damian Witkowski: Podczas płynięcia musieliśmy zgłaszać do sędziów każdy posiłek – raportować im gramaturę, skład i smak. Liczyliśmy też czas karmienia – najszybsze trwały około trzech sekund! Sebastianowi sprawdzano także kadencję i okazało się, że po trzydziestu paru kilometrach jeszcze zaczął przyspieszać. Jego powtarzalność i perfekcyjność ruchów jest naprawdę zadziwiająca. Niewątpliwie jest niesamowicie mocny – nawet na ogromnym zmęczeniu płynie tak samo doskonale. Psychicznie też jest nie do zdarcia. W jego przygotowaniach najbardziej zaskakiwała mnie jego determinacja i to, z jaką powagą traktuje to wszystko. Oczywiście pływał bardzo dużo – po 16-18 kilometrów, co naprawdę mi imponowało, ale jeszcze bardziej podziwiałem jego przygotowania pozatreningowe, zwłaszcza aklimatyzacyjne. Podczas obozu w Sierra Nevada potrafił siedzieć przez półtorej godziny w wannie z lodowatą wodą, z twarzą zanurzoną aż do wysokości nosa. Gdy gasło mu światło, machał kijem od szczotki przy czujniku światła.
Sebastian Karaś: Przygotowania trwały w sumie niecałe jedenaście miesięcy. W ich trakcie próbowałem pozyskać sponsora, który pomoże mi sfinansować wyjazd na jakiś obóz przygotowawczy bezpośrednio przed próbą. Ostatecznie jednak stwierdziłem, że pojechanie tam zaraz przed startem byłoby złym pomysłem. Nie tylko ze względu na przygody z zakwaterowaniem, jakie nas tam spotkały… Mieszkaliśmy w obskurnym, a zarazem niebotycznie drogim hotelu. Jeśli chodzi o strategię żywieniową, ustalałem ją na podstawie własnego doświadczenia zawodniczego. Trzy razy startowałem na BCT Gdynia Marathon – 20-kilometrowym wyścigu z Helu do Gdyni. Jadłem tam co dwadzieścia minut. Wiedziałem, że także podczas przeprawy przez La Manche podstawą będą żele energetyczne i napoje izotoniczne. Jednak ze względu na ekstremalnie długi wysiłek, po raz pierwszy chciałem dołożyć coś dodatkowego, stałego – padło na owsiankę zmiksowaną z bananem, truskawkami i mlekiem ryżowym. Po sześciu godzinach w kanale jadłem już co 10 minut – czułem że pomaga mi to w utrzymaniu temperatury ciała.

Złośliwość rzeczy martwych

Damian Witkowski: Dramaturgia zaczęła się już na początku wyprawy. Przed wyjazdem do Anglii kupiłem Sebastianowi kilka potrzebnych rzeczy, w tym blender, dzięki któremu mieliśmy przygotowywać mu posiłki na czas płynięcia. Tu nastąpiła pierwsza z serii niespodzianek: sprawdzaliśmy blender na dwie godziny przed wyjściem do portu – a on bach, spalił się… Nie było nawet jak ratować sytuacji – jako że był środek nocy, nic już nie mogliśmy zrobić. A to był dopiero początek dziwnych zdarzeń. Weszliśmy na łódkę, odpakowaliśmy jeden z light sticków (jednorazowe światło chemiczne, aktywowane poprzez zgięcie pojemnika, powodujące zmieszanie dwóch cieczy – przyp.red.), które Sebastian miał mieć przy sobie, aby było go widać, zanim wzejdzie słońce. Przełamaliśmy light stick, żeby zaczął świecić… a on nic. Wyjęliśmy z opakowania drugi, zapasowy, łamiemy go… Czyżby powtórka z rozrywki?! Sytuacja była o tyle poważna, że posiadanie światełka było warunkiem do dopuszczenia Sebastiana do startu! Ostatnią deską ratunku była mała, silikonowa lampka rowerowa – według producenta wodoodporna. Przymocowaliśmy ją Sebastianowi za okularki, z tyłu głowy. Próbujemy włączyć – i dramat. To był już naprawdę poważny stres, ponieważ pojawiło się ryzyko, że Sebastian nie będzie mógł wystartować. Woleliśmy sobie tego nawet nie wyobrażać. Całe szczęście, że kapitanowie mieli dwa sticki, które w końcu nam oddali. Sebastian mógł wreszcie wystartować – szczegół, że jedno z tych światełek odczepiło się i utonęło po pięciu minutach, a drugie może po dwudziestu…

karas-start

Fot. Rajmund Nafalski

Chwile grozy, stres i łzy

Damian Witkowski: Sebastian strasznie bał się ciemności, a warunki były takie, że musiał płynąć ciemną nocą. Startował o czwartej nad ranem, słońce wschodziło dopiero dwie i pół godziny później. Żeby mu pomóc, wisiałem nad nim i oświetlałem mu ręce latarką. Z utęsknieniem czekaliśmy na jasność, jednak wraz ze wschodem słońca pojawiło się poważne utrudnienie: meduzy. Całe stada meduz, które parzyły Sebastiana dosłownie wszędzie. Byliśmy tym chyba jeszcze bardziej zaskoczeni niż on. Po prostu w pewnym momencie zobaczyliśmy, jak płynie, sycząc i pokrzykując z bólu. Co gorsza, mieliśmy bardzo utrudnioną komunikację, jako że Sebastian miał w uszach zatyczki – była to jedna z pomocy, mających uchronić go przed nadmierną hipotermią. Nie słyszał nawet sygnału startu – musieliśmy do niego machać, żeby w ogóle ruszył z miejsca – więc co dopiero mówić o wymianie jakichś komunikatów słownych… Klaskaliśmy mu w rytm płynięcia, puszczaliśmy hymn narodowy, ale jak się potem dowiedzieliśmy, do niego i tak to nie docierało!

Do półmetka było naprawdę dobrze – była realna szansa na rekord świata, gdyby Sebastian tylko odrobinę przyspieszył. Obserwowaliśmy jego równy, żwawy rytm płynięcia. Nagle po piątej godzinie, ni z tego ni z owego, zatrzymał się i powiedział do nas: “Nie dam rady”. Oczywiście pomyślałem sobie: “Eee tam, tak tylko gada. Kto jak kto, ale Seba na pewno się nie podda”. Autentycznie tak pomyślałem – w ogóle nie zmartwiłem się wtedy tym jego narzekaniem! Jednak minęło kolejnych pięć minut, a ja widziałem, że łapie się za nogi męczone skurczami i krzyczy, że wychodzi. Wtedy z niepokojem popatrzyliśmy na siebie wśród załogi – co robić? Spojrzeliśmy za siebie, żeby ocenić, ile dystansu mamy już za sobą. Mieliśmy nadzieję, że będziemy mogli powiedzieć Sebastianowi, że już blisko do końca. Ale skądże – widać było jeszcze kredowe klify w Dover, skąd wyruszaliśmy… Spojrzeliśmy przed siebie, żeby upewnić się, że nie widać jeszcze nic. Dopadła nas wielka konsternacja – czy mówić mu twardo, żeby dalej płynął, czy raczej powiedzieć, że nic na siłę, że nie musi tego robić? Po krótkiej naradzie obraliśmy wspólny front: “Stary, dajesz, już blisko do brzegu!”. Żeby złagodzić skurcze, zaczęliśmy podawać mu rozpuszczony w wodzie magnez. W ciągu 15 minut daliśmy mu pięć albo sześć porcji pokarmu, który dostawał normalnie co 20 minut – wszystko zaserwowane na ciepło, a nawet na gorąco. Mieliśmy na pokładzie czekoladę – zalewaliśmy ją gorącą wodą i dawaliśmy Sebastianowi do wypicia. Po tych zintensyfikowanych zabiegach odblokował się – naprawdę mu się poprawiło, choć i tak ciągle do nas krzyczał, że już nie może i że jest mu okropnie zimno. Patrząc na jego wielkie cierpienie, przeżywaliśmy naprawdę trudne chwile. Emilka, jego dziewczyna, zaczęła płakać. Kapitan statku pouczył nas jednak, żebyśmy za wszelką cenę nie pokazywali Sebastianowi swoich słabości. Że mamy cały czas się do niego uśmiechać i mówić, że wszystko jest w porządku. Zamiast drugiego oddechu, na 10 kilometrów do mety pojawił się kolejny wielki kryzys. A wiadomo, że 10 kilometrów płynięcia to nie jest jak 50 minut w bieganiu – to są jeszcze dwie i pół godziny wysiłku! Nie powiedzieliśmy mu, jaki dystans mu pozostał, i jak sam potem stwierdził, całe szczęście, że zachowaliśmy to dla siebie. Mówił, że gdyby dowiedział się, że zostały choćby trzy kilometry, zrezygnowałby i wyszedł. Dopiero gdy zostało 500 metrów do mety, napisaliśmy mu na kartce, że zostało 300 metrów.

Sebastian Karaś: Z jednego powodu jestem trochę zawiedziony przebiegiem próby. Nie chciałem tam okazywać słabości. Myślałem że tak po prostu sobie to przepłynę, a moja załoga będzie miała frajdę z tej eskapady. Przecież pływałem już długie dystanse! Nie spodziewałem się, że w La Manche będzie aż tak ciężko. Do pięciu godzin i 40 minut na stoperze nadchodzące kryzysy pokonywałem sam w swojej głowie, ale potem nastąpił naprawdę gigantyczny przełom. Nastawiałem się zresztą na to, że jak dopadnie mnie ten największy kryzys, w którym stwierdzę z całą pewnością, że nie dam rady – to już go nie przełamię, będę musiał wyjść na łódź. Jednak doping ze strony mojej ekipy powstrzymał mnie od zawieszenia broni. To wcale nie był mój pierwszy kryzys – szczerze mówiąc był to już chyba piętnasty… Zazwyczaj sam przełamuję wszystkie “ściany”, zarówno w trakcie treningów, jak i zawodów, ale tam naprawdę potrzebowałem wsparcia. Bolało mnie to potem, czułem lekki niedosyt, bo jestem pewien, że gdyby nie było na miejscu tej konkretnej załogi, to nie ukończyłbym tej próby. Naprawdę bardzo mocno mnie wspierali, choć ciągle tylko myślałem sobie: “Gdybyście wiedzieli, co ja przeżywam…”.
W pewnym momencie całkiem na serio bałem się, że coś mi się stanie, stracę przytomność, umrę. Patrzyłem na ekipę i na to, co pisali mi na kartkach; bardzo podnosiło mnie to na duchu, ale i tak było bardzo, bardzo ciężko.

karas-emilka

Fot. Rajmund Nafalski

Żadnego szampana

Damian Witkowski: Walka Sebastiana w kanale La Manche była naprawdę niesamowita. Jego oczy były białe od zimna i wysiłku- dosłownie prosiły nas, żebyśmy mu darowali i pozwolili mu wyjść. Jednak odkąd zobaczyliśmy na horyzoncie francuski brzeg, byliśmy przekonani o tym, żeby mu nie odpuszczać – za to ja dosłownie co trzy minuty biegałem do kapitana, żeby dowiedzieć się, jak wiele dystansu jest jeszcze przed nami. Niestety przez długi czas nie miał dla mnie zbyt optymistycznych wieści – za każdym razem, kiedy się zatrzymywaliśmy, wyraźnie znosił nas prąd, przez co dystans się wydłużał. Gdy wreszcie Sebastian dopłynął do brzegu, wszyscy na łodzi się rozpłakaliśmy… Schodząc ze skał, nie mógł nawet wejść do pontonu, taki był zmrożony. Myśleliśmy, że po jego triumfie odpalimy przygotowanego zawczasu szampana i wszyscy będziemy radośnie świętować – a zamiast tego ratowaliśmy trzęsącego się z wyziębienia Sebastiana! Był cały opuchnięty przez ukąszenia meduz, miał granatowe usta z zimna. Od razu ubieraliśmy go w trzy kurtki i czapki, a potem, już pod podkładem, nacieraliśmy go rękami, żeby podnieść mu temperaturę ciała i zwalczyć skurcze mięśni.
To było niesamowite przeżycie, jestem naprawdę zaszczycony, że mogłem w tym uczestniczyć.

Ostatni, najostatniejszy…

Sebastian Karaś: Podczas pokonywania kanału La Manche myślałem sobie, że muszę wytrzymać. Przed próbą zakładałem ,że kanał będzie ostatnim wyścigiem w mojej karierze. Obiecywałem sobie, że już nigdy więcej nie wpakuję się w nic podobnego. Ale… gdy trochę odpocząłem, natychmiast nabrałem apetytu na więcej. To jednak wciąga… Chciałbym teraz podjąć kolejne wyzwanie, jeszcze trudniejsze, ale na to będą potrzebne ogromne środki finansowe, więc na razie nie nastawiam się na powodzenie tego przedsięwzięcia. Teraz mam jeszcze trzy tygodnie przerwy od pływania i zobaczymy, co będzie dalej. Może pojawi się szansa, żeby to wszystko zorganizować.
Damian Witkowski: Teraz Sebastian będzie miał chwilę odpoczynku, będziemy myśleć intensywnie o działaniach związanych z naszym klubem triathlonowym, który 15 września obchodził swoje pierwsze urodziny. Mamy głowy pełne pomysłów, musimy usiąść we trzech i obmyślić dokładną strategię działań na najbliższy czas.
Sebastian powiedział co prawda, że nigdy więcej nie podejmie się podobnego przedsięwzięcia, ale kiedy tylko doszedł do siebie, zaczął wspominać o kolejnych wyzwaniach… On tego tak szybko nie skończy – pływa od kilkunastu lat i po prostu to kocha.

Fanpage Sebastiana
Pływacki Mount Everest – archiwalny artykuł o kanale La Manche

karas-witkowski

Fot. Rajmund Nafalski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisment ad adsense adlogger